Z REFLEKSJĄ

2021-02-01

0

Od najmłodszych lat nieprzerwanie kocham zimę! Nie potrafię do końca wytłumaczyć tej miłości i pomimo tego, że urodziłam się w lecie, zima zdecydowanie wygrywa w moich rankingach na ulubioną porę roku. Mrozy, zaspy, odśnieżanie, śnieg – kocham!


Zima wywołuje we mnie ogromny sentyment ponieważ kojarzy mi się z beztroskim dzieciństwem, kiedy to zimy bywały prawdziwe i srogie, co z perspektywy dziecka było tylko powodem do najwyższej radości.


Te arcydzieła na szybach malowane ręką mroźnego artysty…

Ten puszysty śnieg fruwający z nieba wprost na spragniony czułości policzek…

To zimowe powietrze orzeźwiające płuca oddechem radości…

To uczucie totalnego szczęścia wynikające z samego patrzenia na świat skąpany w białym puchu…


Owszem, dostrzegam minusy zimy, jak każdy dorosły, ale są na tyle małe, że nie przesłaniają mi jej uroku i magii. Zresztą, całe życie tak mam, że nie potrafię skupiać się na rzeczach negatywnych zbyt długo bo te pozytywne wołają o uwagę i przynoszą mnóstwo dobrych emocji :)


Gdy byłam mała, bardzo często urządzaliśmy kuligi. Ale to były takie poważne kuligi, z poważną ilością uczestników, z wielkimi saniami ciągniętymi przez konie, z bigosem z ogniska i chlebem z domowego pieca ale i takie z panem traktorzystą i kilkunastoma sankami. Zawsze ten, co był na końcu kuligu, miał największą frajdę i najwięcej wrażeń gdyż najbardziej nim rzucało na boki. Często o jego zaginięciu dowiadywaliśmy się kilkaset metrów później, gdy docierały do nas jego odległe nawoływania. Radość była ogromna, rękawiczki zawsze mokre a palce wręcz odpadające z zimna ale nigdy nie mieliśmy dość, czas mógł nie istnieć.


Dlatego teraz staram się dostarczać moim dzieciom równie pięknych zimowych przeżyć, jakich sama doświadczyłam w dzieciństwie. Kulig w wersji nowoczesnej odbył się na quadzie dzięki naszemu sąsiadowi, który zaprosił wszystkich chętnych, a tych chętnych było sporo, a zwłaszcza dorosłych! Cudowne emocje i wielka radość. Innym razem kulig z wykorzystaniem auta mojego brata. Mknąc po polach wokół domu łapaliśmy pełne buzie śmiechu. I najpiękniejsze jest to, że wszystkie te chwile można utrwalać i nagrywać, wracając do nich po latach. Nie wspomnę już o kuligu w formie tradycyjnej czytaj: żywy tata ciągnący dzieci siedzące na sankach. Zazwyczaj po paru rundkach w tej formie tata jest ledwo żywy ale za to jaki szczęśliwy!

Uwielbiamy wycieczki do lasu o każdej porze roku ale te poczynione zimą sprawiają na nas szczególne wrażenie dlatego, że widoki są iście bajkowe. I nawet nasz Henryk pies dostaje ósmego życia z radości i skrzydeł euforii.


Mogłabym zachwalać uroki zimy bez końca, nie tylko z powodu widoków, doznań zimnego szczęścia na skórze czy tej nieporównywalnej z niczym aury ale również dlatego, ze w zimie jest mi …. przytulnie 😊 Te wszystkie szaliki, czapki, wełniane berety z woalką, ciepłe płaszcze, rękawiczki, kocykiem owinięte nogi na sofie, podwójna kołdra w sypialni z dodatkową jeszcze narzutą, skarpetki wełniane, ciepłe herbatki z cytryną i sokiem malinowym, blask świec zapalonych wieczorem, termofor pluszowy, ogień w kominku… Od samego myślenia robi się przytulnie!


Rozmyślania o zimie rozwiewa jednak dylemat, który pojawił się w trakcie pisania tego posta a mianowicie, jak nazwać uczestnika kuligu? Kuligarz, kuligowiec, kuligownik, kuligurzysta? Ktoś wie? 😊

zima, kulig, wspomnienia, dzieciństwo, beztroska, śnieg, euforia, emocje, czas, dzieci