Z REFLEKSJĄ

2020-12-10

0

WSZYSTKO PRZEZ BABCIĘ!

Babcię Hanię:) Ona przekazała to w genach najpierw mojej Mamie, potem mnie, a teraz widzę to samo u mojej Tosi.


Co?


Niezłomność.


Nic nie pokona mojej mamy w drodze do celu. Jakikolwiek jest ten cel. Prawdę mówiąc, moja Krysia byłaby idealnym pracownikiem korporacji gdzie ważne są deadliny i targety. Ona zawsze wyprzedza deadliny i zawstydza targety. Piorunuje je wzrokiem tak, ze żaden deadline jeszcze nie śmiał jej uciec. Niezłomnie dąży do swojego celu. Z nigdy nie słabnącą siła. Jakby wciąż miała naładowane baterie energia z kosmosu. To trzeba mieć we krwi.


U mnie nazwałabym to bardziej upartością. Nie ma chyba bardziej upartego osła w całej okolicy, być może nawet w całym województwie, niż ja. Nie przypisywałabym jednak temu zbyt wielu pozytywnych cech, bo chociaż owszem, one istnieją, to często zachmurzone są aspektami negatywnymi np. apodyktycznością czy choćby z pozoru niegroźną zosiosamosiowatością. Moje pozytywne myślenie o sile własnego umysłu pozwala mi wierzyć, ze mogę mieć rację w wielu sprawach. Nie ma tu jednak miejsca na arogancję, bo na to mam nieuleczalna alergię, ale na zwykłą wiarę w siebie, pomimo wielu ułomności, którym nie mogę zaprzeczyć, choćbym ze wszystkich sił starała się to zrobić. Pokora bowiem jest matką mojej wewnętrznej pewności. Mojego przekonania, ze moje ja ma rację. I to stanowi ważny element tej niezłomności, otrzymanej w genach od babci Hani.


Wiele razy będę używać dwóch wyrazów: Nie cierpię. Maruderów nie cierpię, to już wiadomo z postu pt. „Na początek…Refleksja”. Nie cierpię też, gdy ktoś mówi: Nie potrafię, nie dam rady, nie mogę.


Dlaczego?


Dlaczego ludzie katują się takimi samospełniającymi się przepowiedniami?


To dla mnie oznaka braku niezłomności. Słabość całkowita. Lęk. Wygodnictwo. Brak jaj.


Słyszałam takie zdania częściej niż własne myśli. I nie mówię tu o osobach poważnie chorych czy dotkniętych ciężkimi problemami życiowymi. Mówię o zwykłych szczęściarzach, których żadna groźna choroba nie dotknęła, a którzy marudzą bo tak nauczyło ich społeczeństwo.


Zawsze wtedy zastanawiam się, ile energii i czasu zostało zmarnowane na podobne podejście. Gdyby tak przekłuć to w konstruktywne działanie, planowanie, kreowanie…? Tu, niestety, powtarza się to, co napisałam w poprzednim poście, że wiele ludzi zachowuje się pasywnie wobec swojego życia i nadarzających się okazji, których być może nawet w ogóle nie dostrzega.


Nie mówię, ze jestem idealnym przykładem niezłomności, odwagi i determinacji. Nie marnuję jednak energii na narzekanie i wmawianie sobie, że nie dam rady. Robię na odwrót. I pomimo tego, że rzeczy o których marzę, mogą wydawać się nieprawdopodobne dla niektórych, dla mnie są kwestią czasu i organizacji. Nie ma miejsca na wątpliwości, na pytania zaczynające się od „czy..?”.


Wizualizacja moich postanowień sprawia, ze zbliżam się do ich realizacji szybciej. Zwiększa moją motywację. Zdradzę Wam sekret rodzinny, który zawsze napełniał nas, kobiety, motywacją do działania. To NERWA. To jest całkowity neologizm rodzinny, który nie wszyscy mogą zrozumieć dlatego wyjaśnię 🙂 Można MIEĆ NERWĘ, ZŁAPAĆ NERWĘ, BYĆ ZABRANYM PRZEZ NERWĘ (np. Nerwa mnie bierze!) itp. Generalnie jak tylko pojawia się hasło „Mam nerwę!”, to jest to ostrzegawcze zaproszenie do ewakuowania szanownej pupy z wizji osoby wypowiadającej to zaklęcie. I jakie wtedy cuda się nie dzieją! Człowiek z nerwą działa jak robot, prezentując multitasking na najwyższym poziomie, działając zanim jakiekolwiek deadliny zdążą się narodzić. To maszyna niepohamowana, często samodestrukcyjna ale taka, która z godną podziwu zawziętością i niezłomnością daje z siebie wszystko w oparciu o założone cele. Wielokrotnie doświadczyłam tego uczucia, i wciąż go regularnie doświadczam. Często jednak ujawnia się w nim zosiosamowatość i apodyktyczność ale też genialne zarządzanie czasem i zasobami ludzkimi 😊. Szkoda tylko, że taka faza jest jak pożar- trwa dopóty, dopóki nie zostanie ugaszony przez strażaków lub nie strawi się samoistnie.


Kiedyś postanowiłam sobie, ze będę mieć niepraktycznie duży, nowoczesny, pełen otwartej przestrzeni i wielkich okien dom.


Niezłomnie wierzyłam w swoje marzenie. Oczywiście nie skończyło się na samej wierze. Trzeba było pokonać tysiące przeszkód- począwszy od tych finansowych, logistycznych, przez biurokratyczne czy inne, nienazwane. Ale nie zachwiałam się w swoich przekonaniach ani przez moment. Dlaczego to marzenie miało by się nie spełnić? Czy przez to wszechobecne „Nie da się”, „Nie potrafię”, „Nie dam rady”? Nie. Dla mnie te wyrazy są niezrozumiałe. Nie obejmuję ich moim rozsądkiem. Mój optymizm życiowy ich nie akceptuje. I dlatego jest mi łatwiej.


Hania więc była i jest początkiem wszystkiego. Winna wszystkiemu:) Ale zawdzięczamy jej tak wiele.


Bo wierzyć, że się uda to jak paliwo, bez którego samochód nie ruszy.


Obyśmy mieli go pod dostatkiem.


niezłomność, dążenie do celu, zawziętość, wiara, marzenia, realizacja, babcia, upór