Z REFLEKSJĄ

2019-07-30

0

NA POCZĄTEK...REFLEKSJA

Niekiedy ludzie narzekają. Przepraszam. Niekiedy ludzie nie narzekają. Ale to bardzo rzadkie jest zjawisko. To drugie. Prawdę mówiąc zewsząd słyszę narzekanie. Jakby rwąca rzeka płynęła: przez korytarz w firmie, przez środek ulicy, przez centra handlowe przelewając się z salonu piękności do sklepu z obuwiem… Wciąż to echo. To jęki a raczej – Jojki - jak to genialnie określają dzieci. Jojczenie to język którego najłatwiej się nauczyć. I ma on w sobie coś takiego, co sprawia, ze trudno go wyprosić. Jak się zakorzeni to rozmnaża się jak bakterie w sprzyjającym środowisku. Niezauważalnie.


A potem po prostu jest. I ujawnia się, raz na zakupach, raz w pracy przy nowym projekcie, raz w przymierzalni, raz na siłowni lub raz jak gość wpadnie niezapowiedzianie. Nie ma na to szczepionki.


Jak mnie to złości!


Nienarzekanie wymaga wysiłku. Silnej woli często. Ale i charakteru. A wysiłek jest w naszych czasach czymś często ponad siły. Powinien nazywać się ponadsiłek, prawdę mówiąc.


Jaki ja mam sposób na narzekających?


Rozbrajam ich. Jak saper rozbraja bombę. Niektórych to doprowadza do rozpuku ze śmiechu, innych wprawia w dezorientację, jeszcze inni myślą, ze zwariowałam. Ale usilnie rozbrajam. I nieważne jaka reakcja początkowa, bo później widać pozytywne skutki tej zamierzonej akcji- osoba rozbrojona to osoba już z uśmiechem na twarzy.


Przykład?


Sytuacja z uczelni, dobrych parę lat temu :) Profesor doktor habilitowany mówi z surową miną po ważnym egzaminie: „Już prawie stoję nad grobem przez Was!” Wszyscy spuszczają wzrok. Podnoszę rękę (dodam, że jest nas na sali około pięciu tuzinów) i mówię: „ Proszę się nie ruszać bo pan wpadnie, panie profesorze!”.

Cisza…. Ta cisza… Każdy kto był wtedy na sali miał zapewne jedno wyobrażenie reakcji szanownego doktorka (dodam, w okolicach pięćdziesiątki). A doktorek, po tym jak zlokalizował mnie wzrokiem, zawiesił na mnie przez kilka sekund swoje pytające spojrzenie, po czym parsknął takim śmiechem, którego zapewne nikt nie przewidział w swoim wyobrażeniu jego reakcji. Bo to, co wydobywało się z jego szanownego gardła, to jakby skowyt jakiś. Płakaliśmy wszyscy grupowym śmiechem. Jedni patrzyli po sobie zdezorientowani, innych dusiło chichotanie nieumiejętnie ukrywane, inni walili śmiechem prosto po uszach sąsiadów. Działo się. Jak nigdy!:)


Nie wspomnę, że do końca studiów z szanownym panem doktorkiem mieliśmy bardzo poprawne relacje. Powiedział mi wtedy, że go obudziłam. Wybiłam z utartej ścieżki. Wtedy uzmysłowiłam sobie, jak nasze słowa mogą paść na podatny grunt, zahaczyć się w czyjejś głowie, wzbudzając albo poczucie winy i obniżając morale, albo budząc motywację i dobre nastawienie. To jakby splunięcie. Może spaść na ziemię i zniknąć w trawie, nie robiąc nikomu krzywdy, a może wpaść komuś prosto w twarz i coś zmienić.


Uważajmy. I ci po jednej, i ci po drugiej stronie.


Zastanówmy się, co nasze usta wypowiadają? Do czyich uszu może to trafić? Czy dzięki nam ktoś poczuje się lepiej?

I przyznajmy, jak to dobrze jest się szczerze pośmiać. Zwłaszcza z samych siebie.


A może ktoś z Was ma inny, oryginalny lub całkiem zwyczajny ale skuteczny sposób na maruderów?

refleksja, początek, blog, narzekanie, maruda, radosc, szczescie, krytyka, niezdowolenie