(NIE)PRZYPADKOWI

Zawsze w życiu miałam szczęście do Ludzi. Bardzo często i bardzo szybko znajdywałam na swojej drodze pokrewne dusze. Na każdym etapie mojego życia, w każdym jego rozdziale i niesłychanej zawiłości losowo-przygodowej, która na ten moment, z racji chwilowego osadzenia w jednym miejscu nieco spowolniła, poznawałam osoby, które odgrywały bardzo ważną rolę w moim życiu lub w jednym jego rozdziale.

Gdy mając 22 lata wyjechałam do Szkocji na półroczne stypendium jako nauczycielka francuskiego, angielskiego, polskiego, historii, kultury i geografii Polski, nie wiedziałam, że Ludzie, których tam poznam, zostaną ze mną w większej lub mniejszej części już na zawsze. Nie spodziewałam się, że te przyjaźnie tam zawarte, z Ludźmi w różnym wieku, o różnych narodowościach, będą owocować jeszcze przez długie lata. I zupełnie już nie przypuszczałam, że na moje wesele specjalnie ze Szkocji przyjedzie pięć drogich mi Osób…. A mój przyjaciel Tomek, poznany w Szkocji, zorganizuje na moim weselu tak piękną niespodziankę, której nawet się nie domyślałam, chociaż potajemnie ją realizował na moim własnym balkonie w moim domu rodzinnym podczas gdy ja w pokoju obok, ubierałam białą suknię ślubną mając w głowie miliony wizji i pędzących myśli podskakujących w radosnym oczekiwaniu i niedowierzaniu, że TO się naprawdę dzieje, że to nieprawda, że nie ma odwrotu bo Przyjaciółki obiecały, że jak poczuję wahanie w ostatniej chwili, to one będą gotowe czekając na mnie w samochodzie, z kluczykami gotowymi do odpalenia innego rozdziału w moim życiu 🙂 To było bardzo krzepiące wiedzieć, że w każdej chwili można liczyć na swoje Przyjaciółki, a zwłaszcza w tak ważnej 🙂 Ta niespodzianka zorganizowana przez Tomka, namalowane farbą wielkie serce na ogromnym płótnie, które nie wiem jak on przetransportował na salę balową, w której odbywało się nasze wesele… To serce, to był właśnie efekt naszych wielogodzinnych szczerych rozmów, zwierzeń, wspólnej pracy, wspólnych przeżyć bliskich sobie Ludzi w obcym kraju…Efekt, który mnie ogromnie zaskoczył i wzruszył… Bo był specjalnie dla mnie…. Z miłości przyjacielskiej…. A Przyjaciółki, pomimo trwania w gotowości, nie musiały odpalać silnika i organizować akcji niczym z filmu „Uciekająca Panna Młoda” ponieważ jedno wypowiedziane na głos zdanie, wiążące na całe życie dwa serca, otworzyło najpiękniejszy rozdział w naszym życiu, w którym jesteśmy do dziś, pomnożeni przez dwa 🙂

Nie przypuszczałam, że poznana w Szkocji Osoba, tak bardzo wpłynie na moje życie okazując mi dobro już od pierwszej chwili spotkania. To Isobel, kobieta, która już pierwszego dnia zaproponowała, że przyjmie mnie pod swój dach dopóki nie znajdę własnego mieszkania. A jej angielskie mieszkanie….Stuprocentowo w moim stylu, tym drugim stylu, odzwierciedlającym drugą stronę mojej natury, tę niepoprawnie romantyczną ….:) To mieszkanie było jak tło w moich wyobrażeniach, w których przenosiłam się niczym przez bramę w czarodziejskim tajemniczym ogrodzie, do miejsca utkanego z nieopisanych historii miłosnych, z emocji, z westchnień, z ulotnej magii 🙂 I nasze rozmowy przy herbatce z mlekiem (at five o’clock :)), której prawdziwy sens odkryłam dopiero później, po urodzeniu Franka, kiedy to okazało się, że taka herbatka bardzo dobrze wpływa na laktację 😉 Isobel okazała mi matczyną miłość i troskę, traktowała mnie jak córkę. Gdy było mi zimno przez szkockie wieczory (przyjechałam we wrześniu), bez pytania kupiła mi pięć par rękawiczek (bo wspominałam jej w rozmowie, że zawsze je gubię) i puszysty termofor, żeby w nocy ogrzewać sobie stopy, bo wiedziała, że śpię w skarpetkach 🙂 Gdy znalazłam mieszkanie, pojechała ze mną na spotkanie z właścicielem aby upewnić się, że jest porządnym człowiekiem 🙂 Kiedy potrzebowałam rozmowy, porady- zawsze miała dla mnie czas i czułość. Do tej pory, choć minęło już 12 lat, mamy ze sobą kontakt i raz na jakiś czas latamy z Konradem do Glasgow odwiedzić stare kąty, dawne zakamarki, bliskich Ludzi i przede wszystkim przypomnieć sobie, jak piękne emocje wiążą się z tym miejscem, jak silne uczucia wciąż nas z nim łączą. Gdy rozpoczeło się moje stypendium w Szkocji, Konrad rzucił pracę w Polsce, przyjechał do mnie po kilku miesiącach i… zapłacił karę na lotnisku za nadbagaż, którym były…. gołąbki mojej mamy i pierogi Babci Hani haha, a jakże! 🙂 Więc wspomnienia ze Szkocji mamy wspólne, a moi Przyjaciele i Znajomi, stali się naszymi wspólnymi…

Nie sądziłam zupełnie, że poznana przypadkiem Beatka, bohaterka wywiadu z cyklu (NIE)ZWYCZAJNI doprowadzi mnie do spotkania Adama, również bohatera wyżej wspomnianego cyklu 🙂 Stworzenie tego cyklu było oczywistą dla mnie formą podzielenia się nadmiarem inspirujących historii i prawd płynących z każdej z nich po to, aby uświadomić nam wszystkim wielorakie znaczenie słów: sukces, szczęście, wartości życiowe. Pojawienie się Adama i Beatki to żywy przykład obrazujący sentencję „Masz w życiu to, o czym myślisz”. Myślałam o projektowaniu ubrań, tworzeniu własnej drogi zawodowej według moich reguł, o tkaninach i niezliczonych możliwościach urzeczywistniania pomysłów, jakie się w związku z tymi tkaninami narodziły w mojej głowie i … pojawiły się Osoby, których doświadczenie i wiedza są dla mnie jak zesłane z niebios odpowiedzi na wszystkie moje wątpliwości czy pytania i to w zasięgu ręki. Pojawiły się nowe możliwości i otworzyły się drzwi, o istnieniu których nie miałam pojęcia 🙂 Marzenia zaczęły się materializować. Bujanie w obłokach okazało się możliwym do zrealizowania projektem w rzeczywistości:) Mój mąż zawsze ze śmiechem mówi, że moje epitafium będzie następującej treści: „Tu leży Ta, która żyjąc, nie dotykała ziemi”. Zgadzam się 🙂 I jeszcze poproszę o piosenkę do której mam ogromny sentyment z czasów dzikiej młodzieżowej imprezowej księgi życia, której akcja zawsze rozgrywała się w pewnej zielonej dyskotece, w zacnym miejscu, pomiędzy kościołem a cmentarzem, wokół której unosi się obecnie aromat świeżo pieczonego chleba ponieważ znajduje się tam teraz… piekarnia 🙂 Jak smacznie 🙂

Ostatnio odezwała się do mnie bardzo bliska mi Osoba ze Szwajcarii, u której pracowałam jednego lata, o czym pisałam tutaj 🙂 Wspominała, że zostawiłam po sobie wciąż zakochanych trzech starszych panów: dwóch Włochów i jednego Francuza, którzy z rozrzewnieniem wracali w rozmowach do czasów tego pamiętnego sierpnia, kiedy przybyłam do ich zamku z jedną wielką zieloną walizką, znowu pełna głodu na nieznane i jednocześnie ufności, że skończy się jak zawsze, pięknymi relacjami na lata 🙂 I jak zawsze, miałam rację ale skończyło się też przygodami, do których po prostu przywykłam 🙂 Pisząc ostatnio z moim Włoskim przyjacielem Giannim, cieszyłam się, że podczas pandemii wszystko z nim dobrze, że mieszkając w Rzymie, mają wraz z żoną kawałek własnego ogródka a więc nie są zdani wyłącznie na podziwianie czterech ścian. Fala wspomnień z tego niezapomnianego sierpnia 2009 roku powróciła ze zdwojoną mocą, pokazując urywki obrazków zmieniających się jak w kalejdoskopie: Gianni i Giuseppe przygotowujący specjalnie dla mnie włoską kolację na podgrzanych w piekarniku głębokich talerzach, by jak najdłużej zachować odpowiednią temperaturę makaronu; moja wycieczka z Giannim do pobliskiej malowniczej miejscowości i jego próba uwieczniania różnych kadrów ze mną w roli głównej, która kończyła się moją pomocą przy podnoszeniu go z kolan ponieważ Gianni fotografował z pozycji klęczącej a miał już swoje lata; wielkie przyjęcie wyprawione w ogrodzie zamku, na którym popełniłam niewybaczalną dla mnie gafę nie dodając oliwy do ugotowanego makaronu, który, w momencie kulminacyjnym, wyszedł w jednym kawałku z garnka na oczach szanownych Gości, zamiast wypłynąć z gracją niczym elastyczna jędrna serpentyna wślizgująca się w swej świeżości prosto na podgrzane w piekarniku talerze…(co zostało uznane przez towarzystwo za wielce zabawne i wcześniej na żadnym przyjęciu niespotykane a zatem potraktowane jako miła atrakcja wieczoru, która rozbawiła arystokratycznych Gości :)); przynoszone codziennie świeżo zerwane maliny z własnego gospodarstwa przez Gerarda, który w ten sposób, jak się później okazało, ujawniał swe romantyczne uczucia wobec mnie i każde zniknięcie przyniesionych przez niego malin odbierał jako moją akceptację jego zalotów skutkiem czego były coraz to szersze, niezrozumiałe dla mnie wtedy uśmiechy, gdy spacerowałam po bezkresnych łąkach sąsiadujących z jego gospodarstwem ale Gerard nie wiedział, że te maliny zabierała Pani Domu, a nie ja…. 🙂 więc uśmiechy dalej nieświadomie odwzajemniałam, ale Pani Domu wyjaśniła sytuację bo Gerard poprosił ją o zgodę na naszą randkę….a nie dostrzegał mojej obrączki, która została zaledwie rok temu z pełną świadomością i radością założona na mój serdeczny palec.. 🙂 Przypomina mi się jak z Panem Domu, zazwyczaj surowym i mało rozmownym Thierrym, nawiązaliśmy ogromną nić porozumienia, która sprawiła, że Thierry specjalnie w niedzielę wstawał wcześniej aby odwozić mnie do kościoła, czekał aż msza się skończy (sam nie należał do kościoła katolickiego) po czym jeździliśmy jeszcze po okolicznych małych miasteczkach, o których opowiadał mi przepiękne historie, słuchałam więc w radości, że tak piękne historie docierają do moich uszu, w tak komfortowych warunkach (pierwszy raz jechałam autem hybrydowym) i to jeszcze w niedzielę, który był zawsze w naszej rodzinie dniem świątecznym pod każdym względem. Thierry towarzyszył mi przy wielu pracach domowych, które były moim obowiązkiem, i jego towarzyszenie było często okraszone milczeniem, wspólnym porozumiewawczym spojrzeniem lub uśmiechem, które nie wymagały komentarza ponieważ wszystkie słowa wypowiedziane wtedy na głos byłyby zbyt oczywiste i zupełnie niepotrzebne. Byliśmy dla siebie prawdziwymi pokrewnymi duszami, pomimo ogromnej różnicy wieku – kilkudziesięciu lat. Ta nasza relacja sprawiła właśnie, że wszyscy domownicy, z jednej strony byli zszokowani, gdy Thierry zaproponował mi przybycie za rok, tym razem na dłużej, bo nie wyobrażał sobie lata beze mnie ale z drugiej strony wiedzieli, że bardzo się zżyliśmy. Niestety, nie przyjęłam tej propozycji chociaż bardzo, bardzo była kusząca. Z reguły nie wracam do tej samej rzeki, w tę samą sytuację bo jest nieograniczenie wiele nowych do odkrycia. I choć tęsknota aż boli, otwieram wtedy pamiętniki, uruchamiam obrazy wspomnień i wracam myślami do tych pięknych chwil, które naznaczyły moje życie ofiarowując mi nie tylko niezapomniane emocje ale i Ludzi, o których nigdy nie zapomnę… Thierry to rozumiał, sam należał do osób, które postępują „po swojemu” i choć czasem może brakowało tam logiki, on ją widział i dlatego też rozumiał moją 🙂

Mnóstwo tych obrazków mogłabym jeszcze opowiadać, o wielu Osobach jeszcze napisać, ale główny nurt moich przemyśleń dzisiaj jest taki, aby z refleksją odnieść się do poznanych osób w naszym życiu, połączyć fakty, poszukać we wspomnieniach jak ta czy tamta Osoba wpłynęła na nasze życie, jak zmieniła jego bieg, dlaczego i po co pojawiła się akurat w tym momencie naszego życia? Czy jako wskazówka? Czy jako ostrzeżenie? Czy jako pomoc? Czy jako zwiastun czegoś nowego? Oczywiście pojawiają się też Osoby, które całkowicie nie zostawiają żadnego śladu w naszym życiu, i u mnie też wiele takich Osób było i pewnie jeszcze będzie. Ale gdy przyjrzeć się bliżej, w wielu napotkanych na mojej ścieżce Ludziach, odnajdywałam odpowiedź, zwiastun, wskazówkę, pomoc lub ostrzeżenie.

Każdy ma swoją własną historię, która uczy, inspiruje i może być przykładem na wielu płaszczyznach życia.
I każdy Człowiek po prostu zasługuje na SZACUNEK ze względu na tę swoją unikalną historię, którą przeżył i dzięki której się ukształtował… Stąd moja potrzeba rozmowy z Ludźmi, słuchania Ich i dzielenia się Ich przemyśleniami z Wami, bo wiem, że czasem wystarczy jedno zdanie, aby pomóc spojrzeć na swoje życie inaczej, coś przemyśleć a nawet zmienić.

Ważne było dla mnie uświadomienie sobie, że każdy dzień to jeden mini rozdział w historii naszego życia, na który mamy wpływ, który warto dostrzegać, którym warto się cieszyć i którego nie wolno zapominać. A wszyscy Ludzie, wydarzenia i emocje, przeplatają się ze sobą tworząc wyjątkowe DNA naszej historii, które po latach podsuwa klucz do zrozumienia całości. Bo czasem warto poczekać dłużej na odpowiedzi, one zawsze przychodzą.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.