NIE TAK MIAŁO BYĆ? NIEKONIECZNIE

Na pewno nie raz takie zdanie wypowiadaliśmy w swoich myślach bądź na głos.
„Miało być zupełnie inaczej!”
Nie tak, jak się stało, ale inaczej.
Moje doświadczenie jest takie, że prawie NIGDY nie było tak, jak sobie zaplanowałam. BYŁO LEPIEJ 🙂

Od dawna duszę mą porywa słabość do podróży, przeżywania życia inaczej, głębiej i bardziej świadomie. Człowiek rozwija obszary swojego myślenia między innymi przez podróże. Dlatego podróżuję. Na tyle, na ile pozwalają mi okoliczności i finanse. Aby zwiększyć regularność i możliwość poznawania nowych miejsc, łączyłam przyjemne z pożytecznym a mianowicie- pracowałam.

Nigdy w życiu nie zapomnę mojej wyprawy do Szwajcarii gdzie przez miesiąc, niczym Gordon Ramsay, dbałam o podniebienie prawdziwej, arystokratycznej, francusko-szwajcarsko-włoskiej rodziny. Jest coś, czego ci ludzie o mnie nie wiedzieli- wcale nie byłam znawczynią kuchni, gotowanie współgrało z danym stanem emocjonalnym mojej duszy, czyli raz było niebiańskie a raz do dupy, natomiast to, co potrafiłam zrobić nieźle, to był mój własny PR. Mój mąż wciąż powtarza, że jestem jak partia w trakcie kampanii wyborczej: zapowiadam się obiecująco a potem jest jak jest 🙂 Znam język francuski więc to był mój as, potrafię chodzić nie dotykając ziemi, rozprawiając filozoficznie o życiu i jego sensie w towarzystwie ludzi myślących podobnie– w rodzinie arystokratycznej top temat przy winie i desce serów, więc nie było trudno o przyjęcie na podstawie samego płomiennego maila i jednej rozmowy telefonicznej. Ale zmierzam do czegoś innego. Na razie nie wdam się w szczegóły tego niesamowitego pobytu w kraju (w którym stan emocjonalny mojej duszy był w najwyższym zachwycie:)), a raczej opowiem dlaczego nie wszystko ułożyło się po mojej myśli. To przeżycie, jak i wiele innych podobnych, którymi będę dzielić się z Wami na blogu, zgodnie z aktualną potrzebą ducha, potwierdza jedną rzecz: nie należy obawiać się zmian i zakładać, że będą posłańcami złego. Bardzo często zwiastują bowiem dobro.

Powrót miałam zaplanowany autokarem, na dzień przed wielkim wydarzeniem w mojej małej rodzinnej miejscowości, jakim było 600-lecie jej istnienia. Rocznica, której na pewno drugi raz nie dożyję 🙂
Roselyn, moja pracodawczyni (zakręcona 60-kilku latka) zawiozła mnie na przystanek i czekałyśmy na mój autokar, który nie nadciągał, chociaż pora odjazdu zbliżała się nieubłaganie. W międzyczasie przyszła inna dziewczyna w to samo miejsce, w którym czekałyśmy z Roselyn i oprócz nas, nie było nikogo innego. Dziwne. W końcu, mocno zaniepokojone ale już zaznajomione z nową towarzyszką, zaczęłyśmy się zastanawiać, o co chodzi i gdzie jest autokar. Zadzwoniłam do mojego męża w Polsce i poprosiłam, aby skontaktował się z biurem podroży i dowiedział się, gdzie się podział autokar, który miał mnie zawieźć prosto na tę tak długo wyczekiwaną uroczystość w mojej miejscowości. Po chwili oddzwonił z przerażającą wiadomością: AUTOKAR PRZYJECHAŁ, ALE NIKOGO NIE BYŁO, WIĘC ODJECHAŁ!!!!

Czy ja śnię??? Jak to nikogo nie było?! Moja wielka zielona walizka i JA czekałyśmy już godzinę przed czasem!! Nie mogłam w to uwierzyć!
Ale to jeszcze nic. Moja towarzyszka była w „lepszej” sytuacji. Okazało się, że jej autokar był, owszem, ale… WCZORAJ! Pomyliła sobie daty…

Dwie polskie sierotki, z niewykorzystanym biletem do domu, zostały spoliczkowane przez los. Mój Konrad dowiedział się od biura podroży, iż w związku z placem budowy, który znajdował się obok naszego przystanku, autokar podjeżdżał tylko na początek ulicy. A że my stałyśmy dokładnie na samym przystanku, kierowca rzeczywiście mógł nas nie zauważyć. Ani nawet mojej wielkiej zielonej walizki…
Pierwsza reakcja – ryk. Nie tak miało być! Miałam być na imprezie! Wszyscy znajomi czekali, JA czekałam na to przeklęte 600-lecie, takie wydarzenie…. Kornelia, moja nowa znajoma, też była załamana, nie chciała wracać do rodziny u której pracowała, z ulga ich opuszczała…
Z pomocą przyszła moja kochana Roselyn mówiąc krótko : „Dziewczyny, wsiadamy, wracamy do zamku”. Kornelia popatrzyła na nią zdezorientowana, na co Roselyn odpowiedziała: „No co? Przenocujesz u nas a jutro cos wymyślimy”. Cała Roselyn. Pomocna przede wszystkim. Emocje trochę opadły, wracałyśmy już w lepszych nastrojach a Roselyn całą drogę śmiała się wyobrażając sobie reakcję jej surowego męża na widok nowej osoby, o której istnieniu jeszcze nikt w zamku do tej pory nie miał pojęcia 😉 Miała odwieźć jedną, wróciła z dwiema:)

Wieczór spędziłyśmy z wszystkimi domownikami biesiadując przy winie i odmieniając na wszelkie możliwe przypadki słowo „przyjechał”, w wiadomym kontekście. Moja nowa znajoma była zachwycona rodziną i architekturą zamku (okazała się studentką tej pięknej dziedziny nauki) a przede wszystkim obie stwierdziłyśmy, że mamy ze sobą wiele wspólnego, efektem czego były rozmowy do rana przy szybko znikających butelkach wina. W międzyczasie ona zorganizowała sobie bilet na kolejny dzień, a mój mąż cudem załatwił mi OSTATNIĄ miejscówkę w autokarze, również następnego dnia 🙂

Gdy ów dzień nadszedł, na placu przed zamkiem wyłoniła się imponująca delegacja: ja, Kornelia, Roselyn, dwóch Włochów około 60-tki i mąż Roselyn (którego mina na widok nas wracających spowrotem do zamku w towarzystwie nieznanej osoby, pozostanie w mojej pamięci na długie lata). Mieliśmy ludzi, aby obstawić wszystkie strategiczne punkty przystanka nie dopuszczając, aby autokar odjechał beze mnie. Na szczęście: POJAWIŁ SIĘ! BYŁ! ZABRAŁ MNIE! 🙂 Kornelia spodziewała się swojego transportu za godzinę ale obstawa zadeklarowała, że poczeka z nią 🙂 Ja i moja wielka zielona walizka, ruszyłam wprost na maskę kierowcy aby dopytać o szczegóły podroży. Pan kierowca na mój widok rzekł : „O, pani Gabriela. Mieliśmy przed chwilą telefon od jakiegoś pana, który mówił, żeby nie zabierać tej pani z zieloną walizką bo przytrafiają się jej same przygody!”. Spojrzałam na niego z przerażeniem ale szybko zrozumiałam, że zostałam uwikłana w dowcip mojego męża, który wiedział, ze takie sytuacje dziwnie współgrają z moim dotychczasowym doświadczeniem 🙂

I dlaczego mogę powiedzieć, że cała ta sytuacja zakończyła się lepiej niż planowałam? Jest kilka powodów:
– spędziłam jeden dzień dłużej we wspaniałej rodzinie, u której miałam szczęście pracować, zacieśniając więzi trwające do dziś (już 8 lat)
-poznałam dziewczynę o podobnych uniesieniach intelektualnych, z którą wciąż mam kontakt
-w trakcie powrotu autokarem poznałam towarzysza, z którym przegadałam całe 23 godziny podróży, odnajdując wiele pokrewnych tematów i elementów poczucia humoru (z którym sporadycznie kontaktuję się do tej pory)
-uświadomiłam sobie, jak wielkie mam szczęście do ludzi spotykając co rusz aniołów na swojej drodze, tak jak to było teraz z Roselyn, która przyjęła pod swój dach Kornelię- kompletnie obcą osobę- traktując ją jak kogoś bliskiego, której oprócz prowiantu na drogę, podarowała jeszcze pieniądze!

 

Dlatego wierzę w ludzi. Idealistycznie i niepoprawnie. Bo przez całe swoje życie spotykam ANIOŁY.
A niespodziewane zwroty akcji przyjmuję z wiarą i nadzieją. Bo ZAWSZE okazuje się, że jest lepiej niż planowałam.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.