JAK BĘDĘ DUŻA…

Zawsze zastanawiałam się jak to będzie gdy będę dorosła. Gdy będę mogła robić absolutnie WSZYSTKO. Gdy nie trzeba będzie pytać o zgodę Rodziców na wyjście na dyskotekę.

W każdą środę było zawsze to samo. Środę – tak, bo zaczynałam negocjacje dużo wcześniej. Tak więc już we środę pytałam rodziców czy mogę iść w sobotę na dyskotekę. Dodam, że wyjście na dyskotekę w czasach mojej wczesnej młodości wyglądało tak, że wraz z grupą miejscowych rówieśników a często i starszaków (wtedy takie wyjście było nacechowane dodatkowymi emocjami) szliśmy pieszo całą wiejską główną drogą do naszej ukochanej, kultowej, małej, wiejskiej dyskoteki w sąsiedniej wsi. A to była już taka poważna, prawdziwa dyskoteka pełną parą, mała ale profesjonalna. Miała odpowiednie nagłośnienie, DJ- a z wtedy znanego radia FAN FM, świecącą milionami gwiazd kulę na środku parkietu, dym malinowy którym zawsze rozpoczynała się impreza, bar, lożę nawet 🙂 Taka namiastka wielkomiejskiego klubu.

I jaka euforia towarzyszyła każdej sobocie, podczas której Święte Oficjum (czytaj: Rodzice) wydało pozwolenie na nocną eskapadę! Jak teraz o tym myślę, to nie potrafię znaleźć odpowiednich słów, aby opisać, co wtedy czuło to moje rozbrykane i jakże szczęśliwe, szesnastoletnie serce!:)

Realia wyjścia wyglądały następująco: 12zł budżet, 3 rano punkt obecność w łóżkach. Telefony komórkowe nie były wtedy tak powszechne jak teraz, żeby dać znać rodzicom, że doszliśmy. Ale było coś innego. Było całkowite zaufanie Rodziców do nas.

Miałam chody u bramkarza wiec czasem wpuszczał nas za uśmiech 😊 I budżet zwiększał się o parę groszy 😊 Pieczątka, uwaga, ULTRAFIOLETOWA! I przepustka do RAJU! PRAWDZIWEGO RAJU! Jak wskoczyłam na parkiet wraz z pierwszymi kłębami dymu malinowego, tak zlazłam z niego o 2:30 niczym Kopciuszek uświadamiając sobie, że zaraz czar pryśnie i będzie reżim 😀 A cena była wysoka, ponieważ moje Święte Oficjum miało żelazne zasady i niedotrzymanie słowa oznaczało karę. A kary w wydaniu moich Rodziców oznaczały dla mnie najgorsze: ZOK czyli Zakaz Opuszczania Koszar. Brak życia towarzyskiego. Brak wyjść. Brak doświadczania sobotniego raju. Najsroższa trwała 2 tygodnie (dotarłam do domu na 4:30, zima, zaspy, wiadomo 😉) . Nie pamiętam surowszej dla mnie kary niż opuszczenie dwóch sobót z rzędu w moim ukochanym miejscu. Na szczęście kara ta nie oznaczała zakazu przekraczania koszar do wewnątrz przez osoby trzecie 😊

Wracając do sobotniego raju.

Drinki bananowe za 6zł. Wystarczał jeden, czasem dwa aby dopełnić rozkoszy. Każdy hit puszczany ręką DJ-a był przyjmowany niczym wyjście na scenę największego idola. Ale rzec muszę, iż miałam chody nie tylko u bramkarza ale i u DJ-a właśnie, więc mogłyśmy z przyjaciółkami wymyślać dowolne dedykacje i wybierać dowolne piosenki 😊 Więc dedykacje typu: „Dla cudownego Pawła z loży numer 5!!” plus wrzask rozentuzjazmowanych nastolatek gdy ten puścił całusa z podziękowaniem, nikogo nie dziwiły 😊

I jak tez można było się spodziewać, poznałam tam Kogoś, dla kogo moje rozbrykane młode serce przyspieszało niczym najnowsze Lamborghini z silnikiem o mocy 700 koni mechanicznych….

Sobotni raj nabierał głębszego znaczenia..

I co to była za tęsknota, czekać cały tydzień na „widzenie” 😊 Nie było wtedy FB, Messengera, What’s  Upa. Stary dobry telefon na kabel. Ewentualnie pierwsze telefony komórkowe, które chyba bardziej pełniły funkcję samoobronną aniżeli komunikacyjną. Jedyny komunikat jaki z nich bił, to „Lepiej nie podchodź, mam się czym bronić” hihi No i 1min polaczenia kosztowała 6zł a sms 3zł! 😊 A dźwięki były tak kanciaste, ze umarłego wyrwałyby z wieczystego letargu! Boże, ale ze mnie dinozaur jak ja takie rzeczy pamiętam! 😊 I to dobrze pamiętam! 😊

Na dyskotekę chodziłam często z moim bratem. Miał mnie pilnować, wiadomo, starszy, rozsądniejszy, taaaa 😊 Efekt był nieraz taki, że to ja go kryłam niejeden raz i ściągałam z parapetu (zewnętrznego) bo mu się palić zachciało! 😊

Jak już wspomniałam, moje ukochane miejsce kultowe, w którym z lubością spędzałam czas z bliskimi mi ludźmi (prawie) każdą sobotę, było miejscem spotkań również politycznych, pojedynków miłosnych czy miejscem wyjaśnień różnych sporów. Zazwyczaj osobnik ze wsi A miał do wyjaśnienia kwestie z osobnikiem ze wsi B, które to rozgrywały się na zewnątrz. Zazwyczaj niepotrzebna była interwencja ochroniarzy. Kultura na wsi panowała. Ludzie rozmawiali 😊 Raz byłam świadkiem pojedynku o mnie. Nie pamiętam już o co chodziło, ale było właśnie tak, że osobnik ze wsi A chciał się rozprawić z osobnikiem ze wsi B w mojej sprawie. Dodam, że osobnika ze wsi B za czorta nie mogłam sobie przypomnieć 😊 ale ten twierdził, że sprawa jest poważna więc gdy osobnik ze wsi A (którego znałam) dostał piąstką w mordunię i poleciała krew, rozsierdziłam się na dobre. Patriotyzm lokalny zawsze brał górę 😊 Z wyrywnością popędziłam z pięściami na osobnika ze wsi B z chęcią odwetu gdy nagle poczułam, że unoszę się nad ziemię. Ach, jaka byłam wściekła, gdy zorientowałam się o co chodzi! Mój rozsądny brat, który widział mnie gotującą się do akcji, wkroczył w oko cyklonu i wiedząc, że dyskusją nic z nie zdoła uczynić, przerzucił mnie przez ramie niczym słynny worek kartofli i dostarczył w „bezpieczne” miejsce. Człowiek nie może sam swoich problemów rozwiązać no!

 

Otrzepałam się i poszłam tańczyć.

 

Więc tak bardzo chciałam być dorosła i sama sobie ustalać granice. Zawsze miałam problem z posłuszeństwem. Zawsze rwało mnie do tego, aby nie tak jak kanony nakazują, jak ludzie powszechnie lubią i akceptują, tylko tak jak ja czuję, postępować.

Tak marzyłam.. Jak będę już pełnoletnia to… nikt mi niczego nie zabroni, nikt mi niczego nie narzuci, będę sama sobie układać puzzle mojego życia tak jak JA tego chcę. I w ogóle, jak już będę mieć swoje dzieci, to na pewno będę im pozwalać wychodzić na imprezy tak często i tak długo jak tylko będą chcieć, w końcu sama wiem, jakie to ważne dla młodego człowieka, jak serce się rwie…

Tak marzyłam… O tej wolności. Moi rodzice zawsze byli liberalni i pozwalali mi na dużo bo pomimo różnych moich szalonych pomysłów jednak miałam stały kontakt z ziemią, a mimo to, mój apetyt nie został zaspokojony.

Teraz mam tę wolność. Robię rzeczy, o których tak marzyło moje serce. Lista jest wciąż otwarta i niewyczerpana. Aczkolwiek czasem tęsknię za tym, aby wbić się spowrotem w te dawne czasy, kiedy jedynym moim zmartwieniem była niepewność, czy Rodzice pozwolą mi wyjść w sobotę na dyskotekę…. 😊

Kiedy nie było FB…

Kiedy ludzie do siebie dzwonili telefonem z kablem….

Kiedy było prościej….

Kiedy tęsknota mogła nabrać mocy i wytrwale czekać na zaspokojenie…….

Kiedy ówcześni Rodzice nie mieli aż tak dużego lęku o swoje dzieci jak Rodzice współcześni….

 

I czy ja teraz tak chętnie puszczę 16-sto letnią Tośkę czy Franka na współczesną imprezę?

Wiedząc z doświadczenia jak było kiedyś, a jak jest teraz….

JAK BĘDĄ PO 30-stce! 🙂 🙂 🙂

Comments

  1. blogierka says:

    Hehe, no widząc jak się teraz młodzież bawi też bym im nie pozwoliła ;).

  2. Ania - Makeup Addict says:

    To były czasy też z sentymentem wspominam te wieczorne wyjścia na disco i zabawę do rana. Wszystko było inaczej i choć tęsknię za tymi latami to jednak cieszę się, że jest internet i Facebook

  3. Slow Fix says:

    Ciekawa historia! A co do bycia współczesnym rodzicem – oj nie jest tak prosto, nie jest

  4. Izabela Majkut says:

    Haha ! Super tekst 🙂
    Ty i tak miałaś dobrze, jak miałam 16 lat to mi rodzice kazali być o 1-szej w domu. No, ale później już było znacznie lepiej 😀 Co to były za czasy
    <3

  5. Anonim says:

    Wspaniały artykuł. Zaczęłam czytać, zamknęłam oczy i znalazłam się w podobnym miejscu. Dziś mamy ,,wszystko” a zarazem nie mamy ,,nic”. Nawet najwspanialsze urządzenia i najlepsze Social media na świecie nie zastąpią tych chwil spędzonych z przyjaciółmi. Takie chwile raczej nie powrócą a my staliśmy się więźniami ,, nowoczesności”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany.